PSOTY AGATY DUTKOWSKIEJ

WYWIADY Autor:

Ta pani napsociła już w Krakowie co niemiara. Chociażby z tą Latającą Szkołą dla Kobiet i corocznym Zlotem czarownic. Jakby tego było mało, regularnie poharcować można na Latających Kręgach, które rozprzestrzeniają się po Polsce z prędkością ponaddźwiękową. Panom też nie skąpi okazji do pofiglowania na Męskim Gadaniu. Co za numer z tej Agaty Dutkowskiej i co jeszcze może zmalować?

Paula: Czy pamiętasz taką swoją najpotężniejszą inspirację, która wpłynęła jakoś znacząco na twoje życie?

Agata: Jezus Maria (śmiech). Wiesz co, na pewno ogromną inspiracją był dla mnie wyjazd do Kanady, do ashramu Swami Radhy. Zrobiłam sobie taki prezent na trzydzieste urodziny. Swami Radha była bardzo ważną uczennicą Sivanandy, ale nikt nic na kursie instruktorskim mi o niej nie powiedział. Kiedy w latach 50. pojechała do niego do Indii, Sivananda powierzył jej misję powrotu na Zachód i dostosowania nauki jogi do „zachodniego umysłu”. W ten sposób stworzyła własną metodę nauczania. Oprócz tego, że robi się asany i klasyczną praktykę jogiczną, bardzo ważne jest również pisanie i wchodzenie w taki proces psychologiczny samemu ze sobą. Siedziałam w tym ashramie 2 tygodnie. To było dla mnie niesamowite doświadczenie, bardzo dużo rzeczy zrozumiałam o sobie i to mnie ukierunkowało na wiele lat.

Było takim kamyczkiem, który uruchomił lawinę?

Tak, na przykład wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że chcę pracować z kobietami. Jeszcze do końca nie wiedziałam jak, ale gdzieś tam później te wszystkie rzeczy, które robiłam w ramach Latającej Szkoły, wzięły się właśnie stamtąd.

Inspiracja bez realizacji jest jednak tylko inspiracją…

Inspiracja kojarzy mi się z inspirit – robisz wdech i po prostu przychodzi do ciebie wizja… Myślę , że jeżeli zostajemy tylko na poziomie idei i bycia zainspirowanym, to jesteśmy jedynie w swojej głowie. Możemy się tym oczywiście z kimś podzielić, ale najciekawsze rzeczy dzieją się, kiedy zaczynamy działać. Wtedy też najczęściej zaczynają się problemy, bo wizja jest zawsze tylko jakimś obrazem, a życie jest przecież trójwymiarowe. Na dodatek robimy to z ludźmi, którzy mają w głowie inne rzeczy niż my.

Za inspiracją często idzie strach… że wypadałoby tę inspirację wcielić w życie, że nie wiadomo, jak nam to wyjdzie… jak z tym strachem sobie radzić?

„Bój się i rób” – to hasło, które ludzie tak podchwytują jako niby hasło Latającej Szkoły, daje odpowiedź. Mówi, żeby nie czekać na moment, w którym nie będziesz się bać albo w którym będziesz idealnie pewny siebie, bo często jest tak, że ten moment nigdy nie przychodzi. Trzeba zaakceptować, że ten lęk jest, że może być i działać mimo to. Dać sobie prawo do odczuwania lęku albo niepewności. Robić pewne rzeczy, mając totalną świadomość, że one nie będą perfekcyjne i nie bać się tego. To obawianie się, że coś nie będzie idealne i co ludzie pomyślą, jest bardzo polskie. Taka obawa przed porażką, a to przecież nie jest cool odnosić porażki. Myślę, że to jest też bardzo kobiece podejście. Często wydaje mi się, że kobiety mają większą potrzebę robienia wszystkich rzeczy perfekcyjnie. A jak może się to choć odrobinę komuś nie spodobać, to lepiej tego w ogóle nie zrobić. W momencie, kiedy to odwrócimy i damy sobie pozwolenie, żeby robić rzeczy na początku chałupniczo, na próbę, pilotażowo, ale po prostu uczyć się przy tym i ulepszać to co robimy za każdym razem, pojawia się inna energia. Przyzwolenie na to, że coś może nie być idealne, sprawia, że łatwiej jest nam to zrobić.

A miałaś kiedyś tak, że jakaś inspiracja wywiodła cię na manowce?

Jasne, tysiąc razy (śmiech). Nie mamy całej nocy, żebym mogła te wszystkie sytuacje opowiedzieć. Na przykład mam wrażenie, że można do nich zaliczyć wiele rzeczy, które robiłam w obrębie sztuki, studiowałam na ASP przez jakiś czas. Na palcach jednej ręki mogę policzyć jakieś projekty albo prace, z których jestem naprawdę zadowolona i pod którymi chciałabym się podpisać. A zrobiłam masę rzeczy, z których nie jestem zadowolona, których się wstydzę i można by powiedzieć, że mnie zwiodły na manowce. One też się zaczynały od jakichś inspiracji, jakiegoś pomysłu, ale potem prowadziły mnie w jakieś dziwne miejsca… Nie zajmuję się już sztuką, częściowo dlatego, że proporcje tych momentów, kiedy byłam zadowolona do momentów, kiedy nie byłam z siebie zadowolona, były takie trochę na niekorzyść (śmiech).

Jakby zebrać te wszystkie twoje działania, powstałaby z nich naprawdę barwna mozaika…

Z takich najważniejszych, to przez długi czas byłam trenerką w programie dla aktywistów społecznych w fundacji Boscha, przez 8 lat pracowałam jako osoba, która prowadziła warsztaty z ludźmi o tym, jak działać lokalnie. To był super ważny rozdział w moim życiu i cały czas jakoś we mnie pracuje. Byłam przewodniczką miejską przez 4 lata, taką trochę alternatywną i to też wciąż we mnie mocno pracuje. Sztuka również na mnie odcisnęła jakieś piętno. Plus to co robiłam w Latającej Szkole – to są takie główne rzeczy, które faktycznie są mocną częścią mojego życia.

Miałaś takie momenty, kiedy patrzyłaś na te wszystkie swoje działania i myślałaś: „Matko, na co to wszystko się składa?”.

Jest dużo takich rzeczy, które nigdzie mnie nie zaprowadziły. Steve Jobs w swoim przemówieniu twierdził, że w pewnym momencie kropki zaczynają się ze sobą łączyć, ale ja zrobiłam tych kropek masę i to było dobre, ale wiele z nich w nic się nie połączyło. Można by z różnych, różnych stron na to patrzeć, ale ja myślę, że bardzo wiele rzeczy, które chcemy robić w życiu, wiemy do siódmego roku życia, dopóki nas nie zabiorą do szkoły, w której to dopiero zaczynamy się dostosowywać do wyobrażeń społeczeństwa. Ja jako dziecko miałam przynajmniej cztery rzeczy, które wiedziałam, że chcę robić. Teraz do nich wracam.

Jakie to rzeczy?

Na przykład jako dziecko kochałam historie, byłam takim historioholikiem. Ale nie historiĘ, tylko historiE. Byłam po prostu maniaczką słuchania różnych opowieści, bajek… Każdą osobę w rodzinie zmuszałam do tego, żeby opowiadała mi różne historie. I to jest coś, co przewija się przez wszystkie inne rzeczy, które robię. Wierzę w to, że najwięcej uczymy się, słuchając historii. I na przykład Sarah sprowadziłam, ponieważ jej historia mnie totalnie urzekła, a nie dlatego, że to, co robi tutaj na sali przez cały dzień, było dla mnie aż tak olśniewające. Bardziej chodzi o to, że jej historia coś we mnie porusza. Wierzę, że w ten sposób się inspirujemy, że słuchamy o kimś czegoś i wtedy zachodzi jakiś taki dziwny, mechaniczny proces, który coś w nas uruchamia. Po to robiłam Męskie Gadanie, czy Latające Kręgi.

Co poza tymi inspiracjami Latająca Szkoła daje kobietom? I co daje tobie?

Myślę, że taką najważniejszą rzeczą jest wspólnota, poczucie, że jestem częścią jakiejś społeczności, która faktycznie działa i się wspiera. Odczuwam w ludziach głód czegoś takiego, szczególnie w tych, którzy są już po trzydziestce. Jak jest się studentem i ma się dużo znajomych, to ma się też takie poczucie bycia w szerszym kręgu. Potem jednak ludzie często wchodzą w związki, zakładają rodziny i trochę umiera im to życie… nie mówię, że towarzyskie, bo czasem mają życie towarzyskie, ale jest w nich taki głód czegoś więcej, czegoś poza byciem w związku, poza byciem w rodzinie. Czuję, że ludzie chcą być w takiej większej społeczności. Najfajniejsze jest to, że nie muszą być z jednej bajki, w takim sensie, że nie muszą być w jednym wieku, nie muszą podobnie się ubierać, mogą mieć inny gust, trochę inne preferencje, ale na przykład czują, że coś większego ich łączy, jakieś wartości, które są dla nich istotne.

Przez jakiś czas współtworzyłaś i inspirowałaś też działania Ambasady Krakowian. Jak wspominasz ten czas?

Uważam, że to jest fascynujące, że powstają takie miejsca, które są tak naprawdę eksperymentem i kurde, nikt nie wie, jak je robić. Nikt nie wie tak do końca, po co one są, ale ludzie czują przyciąganie takich miejsc, bo rodzą się tam zupełnie nowe relacje. Myślę, że jesteśmy zmęczeni strukturami, z których wyrastamy, strukturami, które zbudowało w nas pokolenie naszych rodziców, one są dla nas nieinteresujące. Interesujące rzeczy dzieją się gdzieś indziej, na przykład w takim miejscu jak Ambasada. Myślę, że Ambasada jest szczególnie ciekawa, bo tam przecinają się bardzo różne energie różnych ludzi. To nie jest miejsce tylko dla aktywistów miejskich, dzieją się tam rozmaite rzeczy i to właśnie jest fajne. Bardzo mnie pociąga takie spotykanie ludzi z różnych bajek i odkrywanie, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy jednak z jednej, tylko to jest jakaś inna jeszcze bajka, jakaś większa, którą może nie wiemy nawet, jak nazwać.

A gdybyśmy zrobili taki eksperyment, że na rok Kraków stałby się takim królestwem Agaty Dutkowskiej, która miałaby władzę absolutną, to co byś zrobiła z tym miastem?

Tęsknię za różnymi nowymi formami spędzania czasu w mieście. Teraz to wygląda tak, że można wykupić sobie warsztat, pójść na piwo, szczytem kreatywności jest pogranie w siatkówkę nad Wisłą, pojeżdżenie na rowerze. Zazwyczaj robi się to z ludźmi, których już się zna. Bardzo by mnie interesowały nowe formy poznawania różnych ludzi w różnym wieku, ich historii. Gdybym była więc absolutnym władcą, zaaranżowałabym ciekawe wydarzenia, które nie byłyby spektaklami, takimi, że przejdę się na Wianki albo na Smoki zobaczyć jakieś konstrukcje, tylko możliwością naprawdę spotkania drugiego człowieka, spędzenia z nim czasu w jakiś kreatywny sposób i wspólnej zabawy. Wydaje mi się, że ludzie tęsknią za zabawą. Często deprecjonuje się zabawę na rzecz pracy, nauki, rzeczy tego typu, a myślę, że zabawa jest jedną z najbardziej twórczych i ciekawych rzeczy, jakie robimy jako ludzie. Fajnie by było mieć dużo różnych form bawienia się. Często zabawy wcale nie wymagają nakładów finansowych, jak na przykład gry miejskie. Ja tak często spędzałam czas ze swoimi znajomymi, jeszcze jak byliśmy młodsi i mieliśmy więcej czasu wolnego, że robiliśmy sobie takie naprawdę skomplikowane niespodzianki, różne podchody z jakimiś zagadkami i szczerze mówiąc, te rzeczy wspominam najlepiej. Na przykład jak siedziałam przyczajona z nogą w gipsie na balkonie na ul. Filipa z grupką znajomych, bo chcieliśmy na drugą grupę wylać wielką miednicę wody (śmiech). To był finał jakiejś głupiej zabawy, którą wymyśliliśmy. No więc takie rzeczy by się działy w Krakowie, gdybym ja była niepodzielnym władcą… oprócz tych ważnych, które też trzeba załatwić, jak zwalczanie smogu. Wodna Masa Krytyczna jest przykładem czegoś takiego totalnie cudownego i zastanawiam się, dlaczego takie rzeczy nie dzieją się w innych miastach. Dlaczego to nie jest taka rzecz, którą po prostu robimy nie raz do roku, tylko częściej – powiedzmy, że raz jest Wodna Masa, a za chwilę coś innego. Interesują mnie takie rzeczy, które oprócz tego, że są robione w dobrej intencji, mają również taki mocny element po prostu zabawowy, kiedy mogę się przebrać albo mogę coś… spsocić (śmiech).

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

fifteen + 11 =

Najnowsze od WYWIADY

INACZEJ MÓWIĄC

Powiedzieć inaczej to powiedzieć więcej. Tak zawsze powtarzał mój nauczyciel od polskiego.

POW! POW! KITTY

Mateusz jest moim sąsiadem i dobrym znajomym. Często, przy wspólnych spotkaniach, wspomina

CO POWIE RYBA

Późną jesienią 2011 roku błądząc po Czerwonym Prądniku trafiłem, niby przypadkiem, do

W CO SIĘ BAWI ASIA

Joanna Zabawa – lat, co roku osiemnaście… Dobry duch mieszkający w ścianach
do góry

Powered by themekiller.com anime4online.com animextoon.com apk4phone.com tengag.com moviekillers.com